EKSTAZY


FOTO:
Dziewczęta w Garabandal w czasie ekstazy rozmawiają z objawiającą się im Matka Boska.

 

    Podczas objawień dziewczynki wpadały w ekstazy, które trwały od paru godzin do paru minut. Ich twarze wtedy stawały się błogie i jakby przemienione wewnętrznym światłem. Czas przestawał dla nich istnieć; nigdy nie okazywały najmniejszego znaku zmęczenia pomimo, że czasami godzinami były w najbardziej niewygodnej pozycji, leżąc lub klęcząc na kamieniach z głową odrzuconą do tyłu, boso w śniegu, bez żadnego przykrycia i ochrony od zimna. Kiedy się ekstaza kończyła, powracały do normalnego stanu, nie okazując żadnych znaków wyczerpania nerwowego ani zmęczenia, ale tylko głęboką radość i spokój. Podczas ekstaz traciły zupełnie czucie — żadne kłucie, palenie czy bicie nie mogło ich z niej wyrwać. Reflektory skierowane na ich oczy nie wywierały żadnego wrażenia — oczy pozostawały nieporuszone, całkowicie nie czułe na światło. W normalnych warunkach silne światło reflektorów napewno by spaliło źrenice i spowodowało ślepotę. Oczy ich były zawsze otwarte i miały wyraz niebiańskiego spokoju. Kiedy następowały wizje, dziewczynki upadały na kolana, na ostre kamienie, nie odnosząc żadnych obrażeń cieles W czasie ekstazy były one zupełnie nieświadome tego dokoła nich działo.


    Raz w czasie wizji naoczny świadek opowiada, że próbował czy dziewczynka leży na ziemi czy też jej ciało jest lekko uniesione nad ziemią.

    Opowiada ten człowiek "sprawdzałem dwa razy przesuwając ręką od głowy do nóg i stwierdziłem, że nie leży na ziemi, lecz jest zawieszona w powietrzu."

    Dalej opowiada ten świadek "próbowałem Ją podnieść i nie mogłem ją ruszyć z miejsca."

Foto: Loli, Conchita, Jacinta i Mari Loli podczas ekstazy.

    W którymś momencie podczas jednej ekstaz, obecny tam, pewien młody jezuita, Ojciec Ludwik Andreu, zaczyna dawać znaki wielkiego wzruszenia. Jest bardzo blady i mówi po kilka razy wyraźnym głosem, "Cud . . . cud . . . cud ..." Gdy już wszyscy odchodzą, Loli zauważa, że zgubiła różaniec O. Ludwika. Chce zaraz wrócić, by go poszukać, ale O. Ludwik mówi, powrócił, to zachowasz go starannie i oddasz memu bratu, on tu wróci na pewno." Tak się też stało. O, Ludwik umarł następnego dnia o świcie w samochodzie przyjaciela, odwożącego go domu, tak jak mu to zapowiedziała (wg. relacji dzieci) poprzedniego dnia Matka Najśw., którą ujrzał wraz z dziećmi podczas ich ekstazy; wtedy to zawołał, cud . . . cud . . . Ojciec Ludwik był zupełnie zdrowy, umarł po prostu, jak mówi jego przyjaciel, z radości; poszedł do wieczności, bezpośrednio w pełni życia w ciągu ułamka sekundy, z uśmiechem szczęścia na ustach, w chwili, gdy powtarzał po raz któryś, "to jest najszczęśliwszy dzień w moim życiu ..." Dzieci twierdzą, że Matka Najśw. uprzedziła go o tej śmierci, która miała nazajutrz nastąpić. Jego brat (miał jeszcze trzech braci, też Jezuitów) wrócił istotnie do Garabandal i odebrał z wielkim nabożeństwem ów różaniec O. Ludwika z rąk Mary-Loli, która go starannie przechowywała.

FOTO: Ojciec Ludwik Andreu odprawia swoją pierwszą Msze św.

    Ale to jeszcze nie koniec historii O. Ludwika. Najbardziej zadziwiające jest to, co się wydarzyło w kilka dni później, kiedy dziewczynki zapewniały, że rozmawiały z nim. Widziały one mianowicie światło, właściwe widzeniom i słyszały wychodzący z tego światła głos. O. Ludwika.

    Pewnego dnia miały z nim taką niezwykłą rozmowę w obecności jego brata O. Romana Andreu.

    Z początku odniósł on ujemne wrażenie, sądząc, że może przewrażliwione dziewczynki, które przedtem mówiły z Panią, teraz znowu podrabiają takie rozmowy z jego bratem i, że to wszystko jest grą ich wyobraźni.

    Lecz jakież było jego zdumienie, gdy sam miał możność posłyszeć, jak dziewczynki mówiły w ekstazie o rzeczach poufnych i osobistych, nie znanych nikomu prócz obu braci, jak opowiadały szczegóły, dotyczące ostatniego dnia życia i śmierci, oraz pogrzebu O. Ludwika, szczegóły, których on sam nawet nie znał w całości, a których autentyczność mógł w następstwie sprawdzić. Podczas tej rozmowy słyszano nawet słowa w obcym języku, które dziewczynki wymawiały z trudem. (O. Ludwik na ich prośbę nauczył je kilku zdań w obcym języku, oraz Ave Maria po grecku).

    Po tym zadziwiającym wypadku, matka czcigodnych Ojców Andreu wstąpiła do zakonu SS. Wizytek i przyjęła habit 19 kwietnia 1962 r., spełniając w ten sposób pragnienie, które wyraziła swemu synowi Ludwikowi na jakieś 10 dni przed jego śmiercią.

    Oto, Matka Boża nam powiedziała w jednej wypowiedzi, "Ciało O. Ludwika Andreu, Jezuity zmarłego z radości, że widział cud, będzie nie zepsute tak, jak zostało pochowane."

    Matka O. Ludwika Andreu, która ma trzech synów Jezuitów, jednego w Hiszpanii, drugiego w Carakas i trzeciego na Formozie, — jest aktualnie zakonnicą, profeska, Wizytką. Kiedyśmy ją widzieli ostatnio, powiedziała nam ona, "Na moim łóżku w klinice de Reinosa mój syn Ludwik wydawał się uśpic-ny. Jedna kropla krwi czerwonej perliła się na jego wardze. Zadrżałam, pytając siebie, czy go nie włożą żywym do trumny."

    Conchita chce powiedzieć, że gdy będą ekshumować ciało O. Ludwika, nazajutrz po cudzie, znajdą go w tym samym stanie jak go pochowano. Tak pisała do jednego z jego braci. O. Ludwik spoczywa na cmentarzu Ona.

*   *   *
z tekście wzięto z książki "The Apparitions of Garabandal" by F. Sanchez-Ventura Y Pascual